Retrofantastyka?
Z pewnym zaskoczeniem zareagowałem na twierdzenie, że cyberpunk to gatunek retro. Za drugim razem gdy spotkałem się z podobną opinią, byłem chyba jeszcze bardziej zaskoczony. Kiedy wreszcie zrozumiałem, że jest to dość powszechna opinia, a co więcej, niektórzy mylą cyberpunk ze steampunkiem, zacząłem się zastanawiać, gdzie tkwi błąd. Mój albo całej reszty.
Gdy padnie hasło „cyberpunk”, zwykle pierwszym skojarzeniem jest Blade Runner, który tak naprawdę nie jest najlepszym reprezentantem gatunku. Lepszy jest Matrix, a nawet nieco już zapomniany Johnny Mnemonic. Celowo piszę o filmach, nie o literaturze, bo wydaje mi się, że właśnie strona wizualna, estetyka jest odpowiedzialna za pewne nieporozumienie leżące u podstaw uznawania cyberpunka za retrofantastykę.
Każdy to przecież kojarzy: neony odbijające się w kałużach, deszcz, czający się po kątach mrok i zimne kolory, wynikające z długości fali świetlnej emitowanej przez jarzeniówki. Sam Blade Runner wywarł na kinematografię i wyobraźnię pokoleń twórców i widzów taki wpływ, że w dziesiątkach, jeśli nie setkach, można liczyć nawiązania w kolejnych filmach. Ludzie przyzwyczajają się do kodów wizualnych, co wręcz zmusza producentów do stosowania tych nawiązań. Z filmu na film koleiny stają się coraz głębsze.
Gra Cyberpunk 2077 odeszła od tej stylistyki, przynajmniej miejscami, bo spora część gry jest raczej kolorowa, wręcz celowo dąży do kiczu. I dobrze. Łatwo sobie wyobrazić, że ludzie żyjący w ponurym świecie Blade Runnera będą pragnąć rozrywek całkowicie odwrotnych od tego, co widzą za oknem. W samym Blade Runnerze zresztą temat rozrywki jest potraktowany w dość „prosty” sposób. W grze wprost przeciwnie, bo braindance wydaje się realistyczną prekognicją przyszłego entertainmentu.
Stylistyka, estetyka, konwencja, moda. Przez lata w kryminale detektyw musiał nosić płaszcz, kapelusz i palić papierosa jak Philip Marlowe. I nawet tak się musiał zachowywać, być takim typem postaci jak Marlowe. Bez tego widzowie nie poszliby na film, bo by nie rozpoznali gatunku. Musiało minąć wiele lat, by kryminał wyzwolił się z tych kajdan.
Podobne mechanizmy działają w literaturze, co najłatwiej zaobserwować na przykładzie okładek na rynku anglosaskim. Bez czytania tytułu i autora widać mniej więcej, czy to horror, czy romansidło. Z kolei tradycja włoska każe opierać design okładki kryminału na kolorze żółtym. Odbiorcy zwyczajnie chcą tego, co zwykle i wolą tradycję od innowacji. Oczywiście dotyczy to również treści.
No ale co ważniejsze: obraz czy rama? Bo jedno to stylistyka, drugie – sens historii. Ja zdecydowanie bardziej cenię sobie ów sens, core. Dlatego definiuję cyberpunk nie poprzez stylistykę, lecz poprzez trzon opowieści, właśnie sens historii i świata, w którym rozgrywa się akcja. I wtedy nagle cyberpunk przestaje być retro, a staje się gatunkiem, który opisuje naszą codzienność i prowadzi nas z niej autostradą w przyszłość. Tak rozumiany cyberpunk jest niezbędny do trafnego opisu naszej bliskiej przyszłości, tej sięgającej co najmniej następnych kilku dekad. Co potem, to osobny temat.
Nie da się dziś snuć prawdopodobnych wizji przyszłości bez elementów cyberpunka. Bez niego będą one po prostu nieprawdziwe. Żyjemy w cyberpunku i z roku na rok zanurzamy się w nim coraz bardziej. To, co nazywamy retro, to wizje sprzed czterdziestu lat. Tamta fantastyka stała się rzeczywistością, a potem przeszłością. Dzisiejszy cyberpunk opisuje przyszłe dziesięciolecia łączenia się człowieka z technologią.
A poza tym cyberpunk nie jest aż tak pesymistyczny, jak to wielu widzi. Nie, prawdziwie pesymistyczny gatunek futurystycznej fantastyki nazywa się postapo. Te ponure wizje cyberpunkowe to jest ten lepszy scenariusz, ale jeśli patrzymy w przyszłość, tę bliską, kilkudziesięcioletnią, to będzie się ona składała z wizji wypracowanych w obu tych gatunkach. Jak się ustalą proporcje, to się okaże. Osobiście kibicuję cyberpunkowi.


